Pamiętam, jak dziś - listopadowy wieczór, godzina około 23:00. Brat mój grał wtedy w zespole. Wracał właśnie z kolegami z próby w Pruszczu Gdańskim. Wpadł do domu i drze się : “Włączcie telewizor na lokalny! Hala Stoczni się pali!”. No i faktycznie się paliła. A właściwie już się kończyła palić. A za chwilę runęła ściana frontowa. Oczywiście szok! Pytań było pełno. Dlaczego? Jak? I tak dalej.
Pamiętam, jak na drugi dzień po pożarze w telewizji mówili o jednym facecie, który mieszkał w pobliżu. Gdy zobaczył pożar, wybiegł z domu, by ratować swoje dwie (chyba) córki, które na tym koncercie były. Widząc, jak ludzie uciekają i tłoczą się przy wyjściu, jakąś nadludzką siłą wyrwał całe przęsło płotu oddzielającego chodnik od torów tramwajowych, by ułatwić ludziom wydostanie się na zewnątrz.
Pamiętam też, jak parę tygodni po pożarze, w szkole zaczęły pojawiać się osoby, które zostały poparzone w pożarze i opuściły już szpital. Pamiętam te ręce w specjalnych rękawiczkach, plastry na twarzach itd. Nic przyjemnego.
Paweł, jak sądzę, przeżył ten pożar w dość szczególny sposób. Jak się później dowiedziałem, też mieli grać na tym koncercie, ale w ostatniej chwili coś (do tej pory nie wiem, co) poszło nie tak i mieli zagrać tam przy innej okazji (chyba tydzień później). Nie zagrali…